My mieliśmy pod górkę

Spór o to, „kto miał gorzej”, nie jest nowy, ale w dzisiejszych czasach chyba wyjątkowo przybrał na sile. Dorośli oskarżają młodych ludzi o niesamodzielność. Młodzież odwdzięcza im się gorzkim wyrzutem, że przecież takiej wyuczonej bezradności… sami ich nauczyliśmy. Obie strony coraz bliższe są okopania się na swoich stanowiskach i zasklepienia w przekonaniu, że to ci drudzy są słabsi i „mają lepiej”. A przecież potrzeba tylko trochę dobrej woli, by próbować się nawzajem zrozumieć. Pewnie każdy ma swoje argumenty, ale to my jesteśmy dorośli – więc to my spróbujmy młodych ludzi zrozumieć jako pierwsi. 

Rozmawiałam ostatnio z grupą młodzieży na temat tekstów,  które irytują ich u dorosłych, i oto, co usłyszałam od jednego z nastolatków: 
– Mój tata często powtarza, że, cytując go, w głowach nam się od tego dobrobytu
poprzewracało. On nie miał tych wszystkich telefonów, nikt za niego nie pisał prac domowych, żadne sztuczne inteligencje nie istniały, człowiek całe życie spędzał z kluczem na szyi i czekał, aż mama wróci do domu, żeby odgrzać mu obiad. Nieraz, jak się przewrócił na podwórku i rozbił sobie kolano, przychodził do domu, polewał wodą i tyle.Tak mówi mój tata. A mnie to denerwuje, bo on pojęcia nie ma, z czym nasze pokolenie się mierzy. Nie wie, jaka dziś jest presja, jaka konkurencja, ciągle słyszymy, że na nasze miejsce jest dziesięciu chętnych, że jak się nie weźmiemy do pracy, to niczego nie osiągniemy, ciągle się do kogoś porównujemy. Uważam, że to bardzo niesprawiedliwe, że dorośli sądzą, że my mamy łatwiej. To oni wbrew pozorom żyli w sielance.

Z czym mierzą się nasze dzieci?

Ze wszystkim, z czym mierzymy się my, dorośli. Odczuwany z tego powodu stres jest spotęgowany faktem, że nikt tych dzieci nie nauczył, jak z trudnymi sytuacjami i emocjami, w które obfituje ich życie, sobie radzić.

„W historii ludzkości nie było jeszcze chyba takiego okresu, kiedy człowiek musiał radzić sobie z takim naporem ciągłego stresu. Dzieci chorują teraz tak często na depresję nie dlatego, że są genetycznie słabsze czy mniej odporne, tylko dlatego, że ilość skumulowanego, codziennego, często podskórnego stresu na jednostkę ludzką osiąga masę krytyczną. Tym bardziej w przypadku nie do końca dojrzałego organizmu, nie do końca dojrzałej psychiki” – mówi Lucyna Kicińska – suicydolożka, wieloletnia koordynatorka Programu Pomocy Telefonicznej Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, w wywiadzie dla portalu Juniorowo.pl (wrzesień, 2019).

Nie oszukujmy się więc dłużej, że nasze dzieci mają łatwiej. Zamiast tego spójrzmy, co dotyka ich najczęściej – a czego jednak my w dzieciństwie zwykle nie doświadczalismy.

Poczucie samotności

Według badań przeprowadzonych przez Rzecznika Praw Dziecka aż 12 proc. ośmiolatków (!) na co dzień odczuwa osamotnienie. Wśród dwunastolatków odsetek ten sięga 23 proc., a wśród piętnastolatków –  aż 37 proc. Przyczyny tego zjawiska są na pewno złożone i składa się na nie wiele czynników, w tym okres pandemii, kiedy dzieci siedziały zamknięte w domach, pozbawione w dużej mierze normalnego kontaktu z rówieśnikami, oraz rosnąca popularność nowych technologii, która sprawia, że wiele dzieci wybiera własny pokój i ekran, przedkładając to nad rozwijanie kompetencji społecznych. W dłuższej perspektywie skutkuje to tym, że młodzi ludzie zatracają naturalne dla pokolenia ich rodziców umiejętności komunikacyjne, a niektórzy nawet nie mają w ogóle szansy ich wykształcić.

– Kiedy my zostawaliśmy sami w domu, natychmiast ktoś rzucał pomysł zabawy, zaczynaliśmy w coś grać, opowiadać sobie historie, po prostu być ze sobą – opowiada ze wzburzeniem mama piętnastolatka. – Ostatnio odbierałam syna z urodzin. Jakiż był mój szok, gdy zobaczyłam dziesiątkę chłopaków w restauracji szybkiej obsługi, przy jednym stoliku… i każdy był wpatrzony w swój telefon! Jaki sens takiej imprezy? Te dzieciaki w ogóle nie potrafią ze sobą rozmawiać! To jest epidemia.

I ta epidemia, niestety, zbiera żniwo w postaci poczucia osamotnienia i trudnościach w nawiązywaniu relacji.

– Moja mama ma przyjaciółki jeszcze ze szkoły podstawowej – opowiada pewna siedemnastolatka. – Zazdroszczę jej tego. Ja chodzę do szkoły średniej, w klasie mam prawie trzydzieści osób. Nie znam nawet wszystkich imion, o przyjaźniach nie mówiąc. Po szkole każdy pędzi do siebie, bo ma sto zajęć dodatkowych. Ja też mam. Daję korepetycje z angielskiego, a chodzę na dodatkową matmę i hiszpański. Muszę dobrze zdać maturę. Chcę studiować za granicą logistykę rynku mediów, od tego, jak mi pójdzie, zależy moja przyszłość.

To kolejny problem młodych ludzi, który – bądźmy szczerzy – w większości był nam obcy.

a_my_mielismy_pod_gorke_LR_graf_1.jpg

Presja oczekiwań wobec dzieci

Jestem anglistką i kiedy moje dzieci były młodsze, notorycznie słyszałam pytanie, czy ja albo mąż rozmawiamy z nimi po angielsku. Za każdym razem to pytanie wywoływało u mnie szczere zdumienie i dopytywałam, czemu mielibyśmy to robić.

Jesteśmy Polakami, przecież mówiąc do własnych dzieci w języku obcym dla nas wszystkich (!), ograniczalibyśmy sobie z nimi kontakt. Moi rozmówcy jednak nie byli przekonani.

– Ale tylko pomyśl, jakie szanse dajesz wtedy dzieciom na przyszłość – powtarzali.

Mówiąc szczerze, moje dzieci i bez tego mówią dobrze po angielsku, jakoś tak się po drodze nauczyły. ale nie w tym tkwi problem.

Problem polega na tym tym, jak wielu rodziców ma tak sprecyzowane oczekiwania wobec dzieci, które dopiero co wchodzą w świat. Młodzi ludzie też nie zawsze dobrze taką presję znoszą.

Psychologowie biją na alarm, że zdarzają się próby samobójcze już kilkuletnich dzieci (sic!). W szkole podstawowej młodzież często sięga po zabronione od pewnego czasu prawem, ale jednak kuszące, „energetyki”. Cel jest jeden: być wydajniejszym, uczyć się dłużej, lepiej – i w przyszłości osiągnąć sukces.

A ci, którym się nie uda? Ci odpadną.

Jako dorośli musimy w tym momencie uderzyć się w piersi i przyznać, że takiej presji w naszych czasach nie było. I tylu szans.

– Pracuję, żeby moje dziecko miało lepiej. Ma się tylko uczyć – mówi jeden czy drugi rodzic na zebraniu.

I nie widzi tego, że dziecko po prostu więcej uczyć się nie jest w stanie, bo takie ma możliwości, bo ma teraz trudny okres w życiu, bo czuje się zmęczone, wypalone i niedospane, bo kłopoty ze snem to kolejna „specjalność” naszej młodzieży.

Brak poczucia sprawczości

Dzisiejsze nastolatki należą do pokolenia, które zostało w większości wychowywane przez „rodziców – parasoli”. Rodzice podwozili dziecko pod drzwi szkoły (często nadal to robią), decydowali, z kim i w co (!) chcą się bawić, nadzorowali, czy nie mają aby konfliktów z rówieśnikami, a jeśli takie się pojawiały, dusili je w zarodku.

Wygodnie? Pozornie.

Bo dziś te kilkunastoletnie dzieci mówią:

– Proszę pani, ja mieszkam całe życie koło kolejki, a nie wiem, gdzie się kupuje bilet i ile kosztuje.

– Mama dziś wróci później. Kazała mi zamówić sobie pizzę, ale ja nie umiem… Nie znam numeru pizzerii i nie wiem, co powiedzieć. Chyba na nią po prostu poczekam.

To są autentyczne zdania, które usłyszałam od dzieci.

I ta bezradność budzi lęk samych tych dzieci.

Oni czują, że bez mamy czy taty, którzy zawsze byli obok, nie będzie im łatwo poradzić sobie w życiu.

Jeśli dodać do tego wojnę na Ukrainie, która towarzyszy naszym dzieciom od blisko dwóch lat, katastrofę klimatyczną, problemy z tożsamością i wszechogarniającą presję mediów społecznościowych, w których nasze dzieci przeglądają się często jak w lustrze (i zwykle nie mają świadomości, że to nie lustro, a najwyżej krzywe zwierciadło) – niewiele jest rzeczy, których moglibyśmy pokoleniu naszych dzieci pozazdrościć.

Czy możemy im pomóc? Na pewno.

Przede wszystkim obniżając poprzeczkę wymagań, wzmacniając ich poczucie sprawczości, usamodzielniając i słuchając tego, co chcą nam powiedzieć. Póki jeszcze chcą.

Bo jeśli zaczniemy opowiadać, że „oni to mają sielskie życie, a gdyby żyli w naszych czasach, to by dopiero zobaczyli” – na pewno porozumienia nie zbudujemy. A wtedy ani im, ani nam, łatwiej nie będzie.

A przecież „każda epoka ma własny porządek i ład”, jak śpiewał bard – a każde pokolenie mierzy się z własnymi wyzwaniami. I nikt nie ma tu, niestety, „łatwiej”.





Źródła:
  • www.juniorowo.pl
  • www.pap.pl
  • brpd.gov.pl/2023/01/30/badanie-rodzice-nie-wiedza-jak-czuja-sie-ich-dzieci/

Lilka Poncyliusz-Guranowska – autorka jest anglistką, nauczycielem dyplomowanym, egzaminatorką i autorką wielu pozycji (w tym czterech książek) z zakresu metodyki nauczania języka angielskiego i komunikacji międzyludzkiej. W marcu 2023r. ukazała się jej nowa książka, poradnik dla nastolatków z zakresu komunikacji społecznej – „Być nastolatekiem i przetrwać. Psychologia komunikacji”. Prywatnie jest mamą osiemnastolatki i czternastolatka.


Interesuje Cię ta tematyka? Przeczytaj również:

Najbardziej aktualne artykuły: