Jak zmieniając niewiele, można wiele uzyskać

Jakie to kuszące. Kiedy stajemy przed problemem, nowością czy zmianą i widzimy ogrom  zadania, intuicyjnie szukamy skrótu. Może jest jakiś haczyk? Jakiś myk? Może da się to zrobić jakoś na skróty? No cóż, sukces nie ma windy, trzeba iść po schodach. Tyle że czasem te schody są ruchome, a to nie jest przecież zabronione. W zarządzaniu zmianami nazywamy to „mikrozmianami”. A te z kolei dają „makroefekty”.

O mikrozmianach usłyszałem po raz pierwszy od profesora Jacka Santorskiego. On z kolei mówił, że zainspirowali go profesor socjologii Andrzej Nowak i doktor Ryszard Praszkier z Aschoka. Podobnie pisali o tym W. Chan Kim i Renée Mauborgne w wydanej w 2005 roku książce „Blue Ocean Strategy”. Miałem zaszczyt przeprowadzić z nimi krótkie wywiady zaraz po premierze tej publikacji. Niedługo minie 20 lat od tego wydarzenia i z tej okazji proponuję przyjrzeć owej „strategii błękitnego oceanu”.

W skrócie polega ona na znalezieniu dla siebie takiego obszaru, na którym nie ma nikogo i gdzie z nikim nie konkurujemy. W ten właśnie sposób zacząłem moją pracę w szkole. Miałem dyplom inżyniera transportu kolejowego, ale w szkole kolejowej było już kilku nauczycieli przedmiotów zawodowych. To był „czerwony ocean”, czyli pole sporej konkurencji. Dostałem kilka godzin sterowania ruchem kolejowym, ale za mało na etat. Byłem także przewodnikiem górskim, a dyrektor szkoły – fanem turystyki. Opieka (w ramach etatu!) nad szkolnym kołem PTTK i wyjazdy w góry (w ramach etatu!) okazały się moim błękitnym oceanem. Poza mną nikt w szkole nie chciał tego robić. Warto więc czasem pomyśleć o takich polach, obszarach, w obrębie których nie ma konkurencji. Wtedy sami ustalimy, jak działać, i to na własnych warunkach. Warto zrobić takie studia podyplomowe, których w naszej szkole nikt nie ma. Ale… wróćmy do mikroingerencji i  makroefektów.

Często zdarza się, że wprowadzanie zmian to ciężka, długa i zaplanowana praca. To fakt. Dlatego, kiedy tylko pojawia się okazja, że zmiany można wprowadzić stosunkowo prosto, warto z niej skorzystać. Szukałem więc i w końcu znalazłem termin „mikroingerencje – makroefekty”. Potem trochę o tym poczytałem i znalazłem dwa najszerzej chyba dziś znane przypadki zastosowania tego mechanizmu. Takie niemal pra-studia przypadków, znane niemal na całym świecie (szczegóły przedstawiam poniżej). Następnie, dla upraktycznienia moich warsztatów, opisałem ten mechanizm jako „ingerencja tematyczna” lub „5-10-15”.

Ingerencja tematyczna

Polega na skoncentrowaniu się na jakimś drobnym wycinku całości i konsekwentnym stosowaniu w jego obrębie nowych rozwiązań. Podam przykład.  Przeprowadzenie rewolucji żywieniowej ogólnie  jest skrajnie trudne. Wprowadź więc „jeden temat”, ale konsekwentnie. Powiedzmy, że jedno jabłko dziennie dla każdego w rodzinie. Do pracy, szkoły albo wspólnie, o konkretnej godzinie. I nic więcej. Za to konsekwentnie. Codziennie. Po pewnym czasie nastąpi lekka eliminacja z jadłospisu tego, o czym i tak wiemy, że jest niezdrowe. Powoli będziemy lepiej dostrzegać sens zastąpienia słodyczy owocami czy warzywami. Ale żadnej presji! Pilnujmy tylko jabłek. Reszta dzieje się jakby obok, samoczynnie. To jest ten makroefekt. W szkole podobnie, możemy skoncentrować się tylko na jednym drobnym temacie, wręcz temaciku. Ale konsekwentnie, na każdej lekcji. Na przykład jedno ciekawe, trudne czy skomplikowane słowo lub pojęcie z mojego przedmiotu. Zawsze na początku lekcji. Każdej lekcji. Krótko. Minuta, góra dwie. Po pewnym czasie nawyk szukania nowych pojęć wejdzie uczniom w krew.

Ingerencja typu „5-10-15”

To przeznaczenie maksymalnie 15 minut na nowe działania. Nauka języka tylko 10 minut dziennie, na przykład tylko w drodze do pracy. Albo 15 minut spaceru, ale codziennie. A gdzie makroefekt? Ano nie da się uczyć języka tylko przez 10 minut. Po jakimś czasie włączysz sobie BBC albo obejrzysz jakiś filmik na YouTubie w tym języku. Jeśli wszystko zaplanujesz od razu, polegniesz pod nawałem nowych działań lub wyzwań. Jeśli jednak zaczniesz od 10 minut w tramwaju, jest to do zrobienia. Podobnie będzie z 15-minutowym intensywnym spacerem. Trudno potem takie prozdrowotne zachowanie (choć tylko 15-minutowe) pogodzić z leżeniem przed telewizorem i podjadaniem chipsów. Za „moich czasów” była w szkole gimnastyka śródlekcyjna. Dyżurny uczeń przez 2-3 minuty prowadził kilka ćwiczeń w środku każdej lekcji. Być może właśnie dlatego wielu uczniów wyrobiło sobie legitymację Młodzieżowego Organizatora Sportu, która uprawniała do grania na sali gimnastycznej w kosza i siatkę po lekcjach, bez nauczyciela. Właściciel takiego dokumentu dostawał klucz do szatni i kilka piłek. Tak oto mikroingerencja (kilka ćwiczeń w czasie matematyki i polskiego) przerodziła się w makroefekt w postaci regularnych treningów na sali gimnastycznej.

a_jak_zmieniajac_niewiele_mozna_wiele_uzyskac_LS_graf1.jpg

Przykład zastosowania

Wyobraźcie sobie pokój nastolatka. Porządek zazwyczaj niczego nie urywa. Uwagi, prośby, kary, nagrody czy sobotnie akcje nie przynoszą efektu. Możemy więc zastosować dwa rodzaje ingerencji.

  1. Ingerencja tematyczna – wybieramy jeden element bałaganu (np. bluzy, książki, zeszyty, spodnie) i tylko w tym jednym obszarze utrzymujemy porządek. Tylko tu! Resztę zostawiamy po staremu. Pomagamy, wspieramy, przypominamy. Codziennie, np. o 19.30, ma być w tym jednym elemencie idealny porządek. Po dwóch tygodniach dziecko dostaje za to nagrodę. I pozwalamy naturze robić swoje. Nie da się długo żyć tak, by książki były idealnie ułożone, a zeszyty obok leżały w chaosie.

  2. Ingerencja „5-10-15” – proponuję 5 minut, to wystarczy. Każdego dnia robimy razem porządki, ustawiając minutnik na 5 minut. Sprzątamy cokolwiek, bez pośpiechu. Gdy minutnik zadzwoni, przerywamy do jutra. I tak każdego dnia. Kompletnie nie przejmujemy się, jeśli dzieciak początkowo się obija, nie zauważamy tego. Jutro kolejne 5 minut. I kolejne. Po kilku dniach zaangażowanie dziecka wzrośnie, a i stan porządku w pokoju zacznie się polepszać.
Masz co do tego wątpliwości? Jeśli sprawdziło się w największym światowym koncernie aluminiowym czy na wojnie w Iraku, to dlaczego w pokoju dziecka miałoby nie zadziałać?

Studium przypadku


  1. Aluminiowy przypadek Paula O’Neilla i koncernu ALCOA Z powodu wielu błędów koncern był w fatalnej sytuacji. Kiedy w 1987 roku zdecydowano się na zmianę CEO, inwestorzy poczuli nadzieję. Jednak już pierwsze wystąpienie nowego prezesa, Paula O’Neilla, wprawiło wszystkich w konsternację. Zamiast mówić o redukcji kosztów, poprawie jakości, restrukturyzacji, zaczął i skończył na jednym celu – bezpieczeństwie pracowników. Kiedy pytano o konkrety, powtarzał jak mantrę: „Moim celem jest zero urazów”. „Hej! Mówmy o kosztach, jakości, logistyce – to jest kluczowe, to jest ważne!” – mówili wszyscy inni. Ich zdaniem nowy prezes prowadził firmę do jeszcze szybszego upadku. A jednak, kiedy po 13 latach Paul O’Neill odchodził, zyski ALCOA wzrosły pięciokrotnie. Okazało się, że konsekwentne trzymanie się stuprocentowego braku urazów przeniosło się na inne, biznesowe obszary. Nie chodzi o to, że bezpieczeństwo wpływa na koszty, ale o to, że restrykcyjne przestrzeganie procedur w jednym obszarze przenosi się na inne. Mikroingerencja przyniosła makroefekty
  2. Iracki przypadek z kebabem w tle I druga mikroingerencja, przez eliminację jednego, drobnego, ale ważnego elementu. W miejscowości Kufa, około 90 km od Bagdadu, dochodziło do rozruchów. Regularnie, w piątkowe wieczory. Kiedy pewien major armii USA obejrzał filmy z tych rozruchów, dostrzegł strukturę zjawiska. Do rozruchów dochodziło obok meczetu Masjid al-Kufa. Scenariusz był zazwyczaj podobny. Najpierw po nabożeństwie trochę dyskusji, jakieś hasła, coraz większa widownia. Potem ktoś rzucał kamieniem czy butelką i zaczynała się awantura. Ale… Zauważył pewien element, który – choć naturalny – mógł być ważny. Przed wybuchem tumultu zgromadzeni posilali się u ulicznych sprzedawców kebabów. Poprosił więc zarządcę miasta o wprowadzenie zakazu handlu jedzeniem na ulicach. No i zadziałało. Zmęczeni Irakijczycy, nie mogąc znaleźć sprzedawców jedzenia, rozchodzili się do domów, zanim zdążyło dojść do nagromadzenia emocji. Z całego scenariusza wyjęto jeden drobny element. Brak jedzenia zmusił tłum do zmiany zachowania. Skończyły się wieczne  awantury i rozruchy, w mieście zapanował spokój. Mikroingerencja to drobna zmiana, która przynosi makroefekt.
Jak widać, mikroingerencja może mieć formę eliminacji pojedynczego elementu albo dodania czy koncentracji na jednym drobnym elemencie. Jeśli zrobimy to dobrze, efekt jest bardzo prawdopodobny.

Powodzenia!

a_jak_zmieniajac_niewiele_mozna_wiele_uzyskac_LS_graf2.jpg

 

Marek Skała
Trener warsztatowy, coach, mówca inspiracyjny. Właściciel firmy szkoleniowej MEGALIT – Instytut Szkoleń. Od 25 lat prowadzi projekty szkoleniowe i rozwojowe dla największych polskich i światowych koncernów. Napisał cztery bestsellery „Psychologia Zmiany”, „Manipulacja odczarowana”, „Skuteczność góra!” oraz „77 historii, które mogą dać ci kopa w życiu i biznesie”. Współzałożyciel Polskiej Izby Firm szkoleniowych i członek ICF. W 2019 otrzymał nagrodę Złotego Pióra w Wiedniu.


Interesuje Cię ta tematyka? Przeczytaj również:

Najbardziej aktualne artykuły: