5 zdań, które warto wykreślić ze słownika nauczyciela

Nie ma się co oszukiwać. Po pewnym czasie pracy w zawodzie każdy nauczyciel ma w głowie „ulubieńców” – zdania powtarzane czasami beznamiętnie, odruchowo, ponieważ ktoś tak kiedyś powiedział do nas (w końcu najlepiej zapamiętuje się nauczycieli, którzy potrafią zaskoczyć uczniów choćby ciętą ripostą!), czy dlatego, że wydają nam się (czasownik „wydaje się” jest tu kluczowy) motywujące.

Niektóre z tych zdań, jak „Halo, Ziemia do 7B, odbiór!”, są zupełnie niewinne i wyłącznie żartobliwe. Ale są też takie, które dla własnego i uczniowskiego dobra lepiej z nauczycielskiego słownika wykreślić. Oto przykłady.

Zdolny, ale leniwy

Czego to zdanie ma dowodzić? To etykieta, która przykleja się do dziecka i często zostaje z nim na długo, ciągnie się w dorosłość, jak za mała bluza dresowa, z którą trudno się rozstać.

Nauczyciel, który w ten sposób kogoś etykietuje, zwykle ma dobre intencje. Chcę podkreślić, że widzi potencjał ucznia („No przecież mówię, że jest zdolny!”) i pragnie go zmotywować do pracy („Ale leniwy... Gdyby tylko się mocniej postarał”). Tylko że to bardzo rzadko działa.

Uczeń, który słyszy, że jest zdolny, ale leniwy, często czuje się usprawiedliwiony. Nie musi za wiele robić – bo przecież nauczyciel i tak już wie, że jest leniwy. Czego innego się po nim spodziewać niż lenistwa?

Dlatego zamiast używać tej wyświechtanej i nietrafnej formułki, lepiej powiedzieć: „Widzę, że masz potencjał. Zastanówmy się wspólnie, jak możesz go wykorzystać”.

Pamiętajmy, że tak naprawdę lenistwo rzadko jest powodem niepowodzeń edukacyjnych uczniów. Za słowem wytrychem kryją się często niska motywacja (gdy dziecko nabiera poza szkołą przeświadczenia, że nie warto się uczyć, bo współczesny świat nie nagradza wiedzy, tylko spryt, szczęście, umiejętność przepychania się łokciami itd.), zmęczenie, czasami bardzo wymierne niedobory (np. żelaza).

Zamiast etykietować ucznia, lepiej dać mu szansę i pokazać stojące przed nim możliwości.

W twoim wieku to ja...

…Miałam same piątki, nigdy bym się tak nie odezwała do nauczyciela, zostawałam po szkole, żeby pomóc paniom w sprzątaniu itd. Pomijając, że takie zdanie często jest zwyczajnie kłamstwem, bo pamięć jest wybiórcza i choć może nam się wydawać, że w wieku naszych uczniów byliśmy aniołami, to niejeden z nas niejedno jako nastolatek miał na sumieniu :-). To zdanie zupełnie niczego nie dowodzi. To, że ktoś inny, w tym wypadku nauczyciel, dawno temu zachowywał się inaczej, nic nie przynosi poza frustracją czy irytacją ucznia.

Czasy się zmieniają. Niekoniecznie na gorsze, jak widzą to niektórzy dorośli. Po prostu jest inaczej. Chcemy tego czy nie, nasi uczniowie mierzą się z innymi wyzwaniami, niż my mierzyliśmy się w ich wieku. I może rzeczywiście niewielu spośród nich idzie kilka kilometrów do szkoły piechotą, bo poprawiła się infrastruktura komunikacyjna nawet w małych miejscowościach, ale za to nikt z nas nie musiał się mierzyć z internetowym hejtem czy nie miał pokusy porównywania się do influencerek z Instagrama. Po prostu – jest inaczej.

Dlatego zamiast dzielić się nacechowanymi poczuciem wyższości (a często i podkolorowanymi) historiami z życia, o które nasi uczniowie w tym momencie nie prosili, zapytajmy, jak ta sytuacja wygląda z ich perspektywy.

„Opowiedz, jak ty to widzisz”.

Takie zdanie stanowi zaproszenie do rozmowy. I może się okazać, że w toku tej rozmowy uczeń nas zapyta: „A jak to było, gdy pani była w moim wieku?”. I wtedy nasz przykład ma zupełnie inną siłę oddziaływania.

Przy okazji drobna uwaga. Uczniowie często mówią mi, że lubią, kiedy nauczyciele opowiadają, jak to było w ich przypadku, jak oni radzili sobie z pewnymi sytuacjami, gdy byli młodsi. Jednym słowem, gdy dzielą się historiami z życia. Lecz jeśli już decydujemy się uchylić rąbka prywatności (bo to zawsze decyzja, nie obowiązek!), trzymajmy się faktów. Nie kłammy. Choć czasem może nam się wydawać, że uczniowie chcieliby widzieć w nas anioły, które sfrunęły na ziemię, by ich uczyć – nic bardziej mylnego. Uczniowie wykryją każdy fałsz, dlatego potknięcia, do których się przyznamy, tylko uwiarygodnią nas w ich oczach.

Często opowiadam swoim uczniom, szczególnie tym, którzy skarżą mi się, że z jakiegoś przedmiotu „im nie idzie”, że mimo że skończyłam dwa kierunki studiów i teraz podyplomowo studiuję trzeci, to zawsze byłam bardzo słaba z chemii i najwyższa ocena, jaką miałam z tego przedmiotu, był dopuszczający. Dla wielu moich uczniów to prawdziwy szok: „Jak to, i mimo to nas pani uczy?!” – usłyszałam kiedyś.

„Tak, mimo to was uczę” (choć oczywiście nie chemii :-)).

Człowiek nie musi być nieomylny i nie musi być alfą i omegą. Nie wymagajmy nieomylności od swoich uczniów i sami na nieomylnych też się nie kreujmy, bo to niczemu nie służy prócz chwilowego podbicia ego.

a_5_zdan_ktore_warto_wykreslic_z_nauczycielskiego_slownika_LS_graf.jpg

Bo ja tak mówię

Oj, cóż za okropne zdanie. Choć często i mnie korci, żeby je zastosować, naprawdę staram się wkładać świadomy wysiłek w to, by na zawsze wyrugować je ze swojego słownika. Autorytet oparty wyłącznie na władzy nie działa. Jak my, jako osoby dorosłe, czujemy się, gdy ktoś rozmawia z nami z pozycji nadanej mu funkcją władzy? No właśnie.

Dlatego, choć czasem naprawdę mamy dość tłumaczenia czegoś kolejny raz, zwalczmy pokusę warknięcia: „Bo ja tak mówię” i wytłumaczmy uczniowi, z czego wynika taka, a nie inna nasza decyzja.
Dlaczego masz nie trzymać nóg na ławce? Bo ktoś tu za chwilę usiądzie w białych spodniach i się pobrudzi. Chciałbyś się tak pobrudzić?

Dlaczego nie jemy w klasie? Bo tak się umówiliśmy. To rozprasza innych i mamy w szkole umowę społeczną, że szanujemy się nawzajem.

Rozumienie sensu zasad jest potrzebne każdemu, bez względu na wiek. Uczy nie tylko posłuszeństwa (nie trenujemy delfinów), ale przede wszystkim myślenia krytycznego i odwagi cywilnej potrzebnej do wyrażenia swojego zdania. Bo może się zdarzyć, że uczeń, kiedy przedstawimy mu którąś z  zasad, powie: „Ale dlaczego pani tak mówi? To bez sensu!”.

Możemy się oczywiście wtedy obrazić i sięgnąć po: „Rób to, bo ja tak mówię”. Ale możemy też sami zastanowić się, czy naprawdę wprowadzona przez nas zasada jest sensowna i czy jesteśmy w stanie uzasadnić jej celowość i pochwalić ucznia, że myśli i odważnie, kulturalnie wyraża swoje zdanie. Nawet jeśli w tym momencie różni się od naszego.

Inni potrafią, tylko ty masz problem

Porównywanie uczniów między sobą, zwłaszcza publiczne, jest całkowicie pozbawione sensu. Każdy z nas jest inny. Uczeń, który słyszy coś takiego, nie czuje się zmotywowany („Skoro inni potrafią, to ja też dam radę”). Nie. On czuje się zapędzony w kozi róg negatywnego myślenia na swój temat, wyobcowany i gorszy. I to przekonanie często zostaje z nim na długo, często na całe życie, zniechęcając do podejmowania jakiegokolwiek wysiłku czy inicjatywy.

Dlatego zamiast rzucać takie ponure zaklęcia, lepiej powiedzieć: „Spróbujmy to rozłożyć na mniejsze etapy, OK?“.

W końcu celem Twojego uczenia nie jest przecież tworzenie rankingu uczniów w klasie, tylko nauczanie każdej konkretnej osoby, która przed Tobą stoi.

Jak się nie nauczysz, to skończysz, zamiatając ulice

Kiedy chodziłam do szkoły, jeden z moich nauczycieli wszystkich wysyłał na tokarkę. Jeśli ktoś czegoś nie rozumiał, nauczyciel mówił: „Skończysz jako tokarz. Obróbka skrawaniem, tam cię widzę”. Po latach moja przyjaciółka, która była bardzo zdolna, ale z tym konkretnie przedmiotem miała trudności (ale skończyła bardzo prestiżowe studia i wykonuje dobrze płatny, ceniony zawód) ironicznie zauważyła, że zawód tokarza jest obecnie bardzo w cenie, jak i wiele innych zawodów wymagających zdolności manualnych, i szczerze żałuje, że „przepowiednie” naszego nauczyciela się nie sprawdziły.

Deprecjonowanie jednych zawodów wobec innych jest niedopuszczalne. Co jest złego w tym czy innym zawodzie? Każdy jest dobry, pod warunkiem że jest zgodny z zainteresowaniami i predyspozycjami danej osoby.

Zamiast więc wymyślać takie dziwne „przepowiednie”, lepiej powiedzieć: „Nauka daje ci więcej możliwości wyboru zawodu w przyszłości”.

Nie chodzi o to, że ktoś nie może zostać tokarzem czy sprzątać. Chodzi o to, żeby osiągnął maksimum swojego potencjału i został tym, kim chce.

A my, jako nauczyciele, mamy wręcz obowiązek takie szanse pokazywać.

Na koniec warto zadać sobie jedno, proste pytanie: „Czy moje słowa budują, czy raczej podcinają skrzydła?”. Język, którego używamy w klasie, nie jest tylko narzędziem przekazywania wiedzy. On kształtuje sposób, w jaki nasi uczniowie myślą o sobie. Czasem wystarczy drobna zmiana jednego zdania, by zamiast wstydu pojawiła się motywacja, a zamiast buntu – rozmowa.

Z naszego nauczycielskiego słownika uczniowie uczą się nie tylko gramatyki, ale też wiary w siebie albo jej braku. Pamiętajmy o tym.





Lilka Poncyliusz-Guranowska
Autorka jest anglistką, nauczycielem dyplomowanym, egzaminatorką i autorką wielu pozycji (w tym czterech książek) z zakresu metodyki nauczania języka angielskiego i komunikacji międzyludzkiej. W marcu 2023r. ukazała się jej nowa książka, poradnik dla nastolatków z zakresu komunikacji społecznej – „Być nastolatkiem i przetrwać. Psychologia komunikacji”. Prywatnie jest mamą dwudziestolatki i siedemnastolatka.


Interesuje Cię ta tematyka? Przeczytaj również:

Najbardziej aktualne artykuły: