Brzmi to niemal jak temat rozprawki maturalnej. Można by jeszcze dodać: „na podstawie wybranych utworów z kilku literackich epok”. Brzmi to też poetycko, patriotycznie… i patetycznie. Niestety, kiedy zaczynamy w to wierzyć, zaczynają się kłopoty. Oczywiście nie chodzi o samo umieranie. Raczej o granicę pomiędzy rozsądkiem i bohaterstwem. Szczególnie bohaterstwem zalecanym innym, a niekoniecznie sobie. Kiedy Nikodem Dyzma został mężem Niny, obiecał zarządcom majątków nagrodę za donoszenie. Większość się oburzyła. Część honorowo podziękowała za służbę, podkreślam – nie za pracę, ale za służbę właśnie. Tylko jeden z nich (oskarżany o brak solidarności) mówi coś o urażonej ambicji, o hopaj-siupaj, a potem o tym, że u innej klamki trzeba będzie skamleć o posadę. Może to mało ambitnie, może przyziemnie, ale bardzo realnie. Nie oznacza to, że takie postępowanie chwalę i polecam. Jednak zanim będziemy innym radzić, jak mają „honorowo umierać”, pomyślmy, czy mamy do tego prawo.
Lepiej umrzeć stojąc…?
Tym bardziej że o tym umieraniu stojąc mówią tylko ci, którzy jednak nie umarli. Nikt też nie zarzuca tym, co przeżyli, życia na kolanach. Życie nie jest czarno-białe i rzadko zdarza się wybór tak skrajny: albo bohaterska śmierć, albo życie w upodleniu. Większość z nas żyje normalnie, w normalnych warunkach, niewymagających skrajnych decyzji. Więc bardzo ostrożnie z tym oczekiwaniem (od innych zazwyczaj) skrajnego poświęcenia.
No dodatek to buńczuczne zdanie ma niby oddawać cześć bohaterom, a jednak nikt nie pyta tych, którzy bohatersko zginęli. Może jednak woleliby żyć? Nawet jeśli przez pewien czas na kolanach?
Ba… dzisiejsi żywi mają nawet czasem pretensje do tych, którzy kiedyś bohatersko nie umarli. W filmie „Złoto dezerterów” cichociemny porucznik Lotka (Piotr Machalica) tłumaczy młodym żołnierzom, że ginąć powinni wrogowie, a nie oni. Przy skrajnej dezaprobacie podporucznika Peta (Artur Żmijewski), który karmi młodych romantyczno-patriotyczną poezją. Tak jakby śmierć była wystarczającym i ostatecznym dowodem bohaterstwa. Niestety, czasem bywa też skutkiem braku rozsądku albo wręcz zwyczajnej głupoty.
Przez dziewiętnaście lat mieszkałem w Nowej Dębie. Moim sąsiadem był chorąży Jan Gryczman, jeden z bohaterów z Westerplatte, gdzie dowodził obroną Wartowni nr 1. Wcześniej walczył w wojnie z bolszewikami, bronił Warszawy w 1920 roku, był ciężko ranny pod Radzyminem. Drugą wojnę spędził w oflagach. Na kolanach? Naprawdę? Bo się poddali zamiast bohatersko zginąć? Myślę, że teraz dobitnie widać kompletny brak refleksji w takim sposobie myślenia.

„Nigdy nie oceniaj ludzi, którzy żyli w innych czasach i innych warunkach niż ty teraz”
Jan Gryczman przez lata odbierał nasze zuchowe, a potem harcerskie przyrzeczenia. Od niego dostałem też mój krzyż harcerski. Ale kiedy my, jedenastoletnie łobuzy, zaczęliśmy chojraczyć, usadził nas prostym tekstem: „Nigdy nie oceniaj ludzi, którzy żyli w innych czasach i innych warunkach niż ty teraz”. Byliśmy wtedy napakowani socjalistyczną wizją wojny spod znaku Janków K. – Klosa i Kosa z Szarikiem. I bardzo odważnie twierdziliśmy, że tych „Niemców, to my byśmy widelcami…”. Dostaliśmy ostry ochrzan. Skuteczny. Od tamtej pory nigdy nie oceniam wyborów innych ludzi, jeśli sam nie byłem w podobnej sytuacji. Nie mam prawa. I myślę, że nikt nie ma.
Zanim zostałem harcerzem, po drugiej klasie szkoły podstawowej pojechałem na kolonię do Warszawy. Pierwszy tramwaj, pierwsze schody ruchome na Trasie W-Z, pierwsza winda w Pałacu Kultury. Pamiętam wizytę na AWF-ie na Bielanach, gdzie spotkaliśmy część lekkoatletycznego Wunderteamu. Ja – chłopak ze środka Puszczy Sandomierskiej – dostałem autograf od znakomitego oszczepnika Janusza Sidło. Z tych czasów pozostała mi fascynacja Powstaniem Warszawskim. Piosenki powstańcze pamiętam do dziś. Wtedy „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój” czy „A na tygrysy mają Visy” śpiewaliśmy z wielkim patriotycznym i zuchowym jeszcze zapałem. Pasja ta pozostała do dziś, ale…
W klasie siódmej, w 1973 r., wygrałem powiatową olimpiadę historyczną, pisząc o Powstaniu i przyczynach jego upadku, wspierając się teorią dwóch wrogów. Odwilż czasów Gierka była możliwa w Warszawie, ale nie w powiecie tarnobrzeskim. By ograniczyć ryzyko, przesunięto mnie na drugie miejsce, żebym nie pojechał na olimpiadę wojewódzką i czegoś znowu nie narozrabiał. Na pocieszenie dostałem rewelacyjną i limitowaną wtedy książkę o Kedywie AK. Wtedy już zacząłem rozumieć, że nie wysyła się dzieci z Visami na czołgi regularnej armii. Na kolonii mieszkałem w szkole na Woli.
Jednak dopiero po latach dowiedziałem się o drugiej stronie Powstania – o rzezi na Woli. I o tym, że w pierwszym tygodniu Niemcy wymordowali tam blisko pięćdziesiąt tysięcy Polaków. W kilka dni! Do dziś, kiedy tamtędy przechodzę, wracają wspomnienia z kolonii. I wielki żal. W całym Powstaniu zginęło blisko dwieście tysięcy ludzi. Niewyobrażalna hekatomba.
Kiedy więc przyjdzie nam do głowy tekst o tym, że lepiej umrzeć, niż żyć, sprawdźmy najpierw, kto to mówi. I co o tym mogą sądzić ci, którym życia – w ramach honoru – się odmawia. I skazuje na bohaterską śmierć.
By ktoś nie zrozumiał źle. Wieczna chwała Powstańcom. Wieczna pamięć o tych dwustu tysiącach Warszawiaków, których zamordowano w czasie Powstania. I wieczne wątpliwości wobec tych, którzy wydali rozkazy do walki – bez broni, bez sensu, bez szans w starciu z frontowym wojskiem.
Wcale niedaleko od szańców Sowińskiego na Woli jest Reduta Ordona. Tam też chodziliśmy na spacery w czasie kolonii, bo coś te sto pięćdziesiąt dzieciaków musiało robić. Reduta Ordona, ta mickiewiczowska, zaczynająca się od „Nam strzelać nie kazano – wstąpiłem na działo i spojrzałem na pole; dwieście armat grzmiało”. Ordon, okrzyknięty Patronem Szańców, bohatersko Redutę wysadził i zginął. Na papierze. Bo tak naprawdę, choć był ciężko poparzony, przeżył. I zepsuł tak piękną i bohatersko opisaną legendę. Mimo że za udział w Powstaniu Listopadowym odznaczono tego dwudziestojednoletniego (!) oficera orderem Virtuti Militari, ciągle spotykał się z ostracyzmem i niechęcią. Bo przeżył. Mickiewicz, który sam Powstanie Listopadowe przesiedział spokojnie w Dreźnie, także potraktował go fatalnie. Ordon walczył potem w wielu wojnach wyzwoleńczych, ale niechęć do niego nie wygasła. Ostatecznie w 1887 r. popełnił samobójstwo. On – powstaniec, bohater, żołnierz wielu wojen, kawaler Virtuti Militari. Bo ośmielił się przeżyć, choć nigdy nie żył na kolanach.
Jeśli kiedyś usłyszysz o bohaterskim umieraniu, pamiętaj, że lepiej jest żyć. Czasem nawet przez chwilę na kolanach. Potem wstaniesz, ale będziesz czuł bicie serca. Stojąc! Dla siebie, dla dzieci, dla rodziny. Jesteś im potrzebny, jesteś tu potrzebna! Powodzenia!

Marek Skała Trener warsztatowy, coach, mówca inspiracyjny. Właściciel firmy szkoleniowej MEGALIT – Instytut Szkoleń. Od 25 lat prowadzi projekty szkoleniowe i rozwojowe dla największych polskich i światowych koncernów. Napisał cztery bestsellery: „Psychologia Zmiany”, „Manipulacja Odczarowana”, „Skuteczność góra!” oraz „77 Historii, które mogą dać Ci kopa w życiu i biznesie”. Współzałożyciel Polskiej Izby Firm szkoleniowych i członek ICF. W 2019 otrzymał nagrodę Złotego Pióra w Wiedniu.