Uważasz, że znasz swoich uczniów bardzo dobrze. Obserwujesz ich uważnie i masz poczucie, że łączą Was dobre relacje. Czasem nawet przychodzą do Ciebie ze swoimi problemami, więc wnioskujesz, że mają do Ciebie zaufanie. A potem przychodzi szok. Bo okazuje się, że Ania została złapana z narkotykami, a Bartek wdał się w bójkę na ulicy. Ewa, ta grzeczna i bezproblemowa Ewa, miała próbę samobójczą. Albo może coś znacznie łagodniejszego. Stefek zaczął nagle przeklinać, a Iza, wzorowa uczennica – teraz ledwo przechodzi z klasy do klasy. A Ty okopujesz się na pozycji tego, który przecież świetnie zna swoich uczniów. Uruchamiasz psychologa szkolnego, poradnię psychologiczno-pedagogiczną. I to wszystko bardzo dobrze. Ale zróbmy kilka kroków wstecz.
Artykuł jest drugą częścią cyklu poświęconego przemocy rówieśniczej #przemoc rówieśnicza. Drugie życie klasy kiedyś
Prawdopodobnie każda, a z pewnością zdecydowana większość klas, ma swoje drugie życie. Kiedyś odbywało się ono gdzieś tam, za szkolnym murem. W drodze do domu. Za garażami. Za kapliczką. Pewnie każdy obecny dorosły pamięta ze swojej podstawówki
takie miejsca, w których można było zetknąć się z drugim życiem klasy. Tam dzieci rozwiązywały swoje konflikty albo je zaogniały. Tam dręczyły słabszych albo paliły potajemnie papierosy i się wydurniały na potęgę. Drugie życie klasy było od zawsze. Gdy my byliśmy dziećmi, czasami w drugie życie wkraczał dorosły. Zwykle robił to tak, jak wtedy robiło się wszystko. Z krzykiem, agresją, karami na podorędziu. Gotowy do ataku i budzący w dzieciach wyłącznie strach podszyty nierzadko tłumioną pogardą. A gdy dorosły znikał, bo mu się odechciało, bo uznał, że zrobił swoje albo drugie życie klasy znalazło sobie nowe miejsce – ten strach i ta pogarda znajdowały ujście w kolejnych, dziecięcych dramatach.
W mojej szkole średniej było takie miejsce, w którym działo się drugie życie, nawet nie jakiejś konkretnej klasy, ale całej szkolnej społeczności. To nie była duża instytucja, z grubsza wszyscy znali wszystkich. Drugie życie toczyło się za salą gimnastyczną, spowite kłębami dymu z papierosów. Któregoś dnia, ku zaskoczeniu zebranych w tym miejscu, spadła na nich potężna i ciężka siatka maskująca. Rozległy się zaskoczone okrzyki, uczniowie próbowali się wyswobodzić. Kiedy w końcu się udało, ich oczom przedstawił się doprawdy zaskakujący widok: dwie osoby, ubrane w kombinezony chemiczno-biologiczne stały na dachu i wpatrywały się w kłębowisko dzieciaków. Gdy już wszyscy mogli ich zobaczyć, obaj panowie ostentacyjnie zdjęli maski przeciwgazowe. Wśród uczniów zapadła cisza. Na dachu stali dyrektor wraz z nauczycielem przysposobienia obronnego. W tej majestatycznej ciszy nie zrobili nic więcej. Obrócili się na piętach i odeszli. Reakcja uczniów była również zaskakująca. Cisza trwała przez kilka sekund, a następnie rozległy się brawa. Gromkie brawa. Dwaj starsi panowie zostali honorowymi członkami drugiego życia szkoły. Co ważne, ono nie zniknęło. Ale jakoś tak się zadziało, że od tej pory było tam mniej fajek, bo ludzie wspominali niestandardowe zachowanie pedagogów i sami się wzajemnie upominali, żeby nie palić na terenie szkoły. Obyczaje złagodniały, a w rozmowach uczniów dyrektor i pan od PO byli traktowani z ogromnym szacunkiem.
Innym razem moja klasa była na wycieczce szkolnej. Opiekunem został naprawdę starszy wiekiem nauczyciel geografii, który słynął jako niezwykle „ostry” i większość dzieci się go naprawdę bała. Na wyjeździe najpierw zaskoczył wszystkich ogromną wrażliwością na piękno tatrzańskiej przyrody. Młodzi ludzie troszkę z niego podśmiewali się, bo chadzał po szlakach w stroju jakby żywcem wyjętym z czasów międzywojennych. Ale jego nagła zmiana podejścia do nich wybitnie zbiła wszystkich z pantałyku. Drugie życie klasy przyczaiło się w oczekiwaniu na to, co jeszcze się wydarzy i pełne jednak nieufności spoglądało na nagłą przemianę nauczyciela. Pierwszego wieczora grupa młodzieży spędzała czas w świetlicy ośrodka, gdzie centralnym punktem był stół do ping-ponga. Gra toczyła się leniwie. Głównie grali chłopcy, czasem jakaś odważna dziewczyna dołączała. Atmosfera była luźna, w zasięgu wzroku nie było dorosłych. Nagle do świetlicy wkroczył pan z geografii. Wraz z nim jakby wpadł powiew arktycznego wiatru. Zapadła cisza, a grający starali się szybko dokończyć partię. I kiedy już, już wydawało się, że pod naporem pedagogicznej wizytacji cały miły wieczór przepadnie, nauczyciel zaproponował rozgrywkę. W swoim stylu, używając wobec grających chłopaków określenia „panowie”. „Czy panowie byliby skłonni rozegrać ze mną partię”? Osłupiałych ze zdziwienia uczniów wprowadził w jeszcze większą konsternację, gdy z łobuzerskim uśmiechem oświadczył, że skłonny jest zawrzeć zakład. Kto przegra, ten wygranego na barana wnosi po schodach do pierwszego piętra. Kompletnie zaskoczeni gracze postanowili przyjąć wyzwanie. Najodważniejszy podjął paletkę i ruszył do boju. Po kilku setach, wygrał uczeń. Geograf podszedł do niego i oznajmił: „Zapraszam Pana na barana”. I stało się. Na oczach całej klasy dostojny i groźny nauczyciel uniósł chłopaka i zaczął wspinać się z nim po schodach na pierwsze piętro. Od tej pory, jak bardzo nie byłby srogi pan od geografii, uczniowie traktowali go „jak swojego”. W kolejnych latach tworzyli o nim żarty obrazkowe i mu pokazywali, a on śmiał się razem z dzieciakami.

Nowy wymiar
Dziś drugie życie klasy ma inną lokalizację. To już nie jest plac za salą gimnastyczną ani świetlica na wycieczce. Wielu nauczycieli nie ma nawet pojęcia, jak nazywają się komunikatory, na których żyją swoim życiem uczniowie. Pewnie większość dorosłych słyszała o Messengerze albo WhatsApp. Ale kiedy po wprowadzeniu pierwszy raz zdalnego nauczania na uczelniach, w tym czasie kompletnie nieprzygotowanych do tego zadania, zaproponowałam moim studentom studiów podyplomowych, w większości czynnych nauczycieli i pedagogów, używanie platformy Discord – prawie nikt nie wiedział, że coś takiego w ogóle istnieje. A na mnie spadło nauczenie ich, jak poruszać się po serwerach Discorda. Tymczasem ich uczniowie już od bardzo dawna żyli tam swoim, niezależnym życiem.
Mimo zmiany miejsca i środków, drugie życie klasy nadal ma te same wymiary. Można z niego wykluczyć, można w nim zmawiać się przeciwko jakiemuś dziecku. Kiedyś, będąc uczniem wykluczonym, strach było przechodzić przez miejsca, gdzie drugie życie żyło swoją dynamiką. Można było doświadczyć wielu bardzo trudnych i nieprzyjemnych rzeczy, łącznie z pobiciem. Na serwerze nikt nie zostanie pobity, ale właśnie tam można uknuć rozmaite czynności przemocowe. Można dokonać zbiorowego stalkingu i wyszukać kompromitujące albo potencjalnie kompromitujące informacje o niepopularnym uczniu. Można wyprodukować jeszcze bardziej kompromitujące treści na jego temat, bez jego wiedzy i świadomości, a potem puścić je w świat. Nawet podrzucić nauczycielom, którzy nieświadomi drugiego życia klasy skupią się na tym, co otrzymali, a nie na tym, co sprowokowało dręczonego ucznia do jakiś zachowań w sieci. A wtedy okazuje się, że wielu współczesnych dorosłych reaguje tak samo jak dawniej. Wkraczają z krzykiem, agresją, karami na podorędziu. Gotowi do ataku i budzący w dzieciach wyłącznie strach podszyty nierzadko tłumioną pogardą. A gdy znikają, bo uznali, że zrobili swoje albo drugie życie klasy znalazło sobie nowe miejsce – ten strach i ta pogarda znajdowały ujście w kolejnych, dziecięcych dramatach.
Jakie zachowania nauczycieli podsycają przemoc w drugim życiu klasy: - krzyczenie na dzieci, domaganie się wglądu w ich korespondencję;
- oczekiwanie, żądanie od rodziców, żeby inwigilowali dziecięce urządzenia;
- robienie zrzutów z ujawnionej korespondencji i karanie uczniów za przekleństwa, nieprzystojne zachowania, namawianie się przeciwko jakiemuś dziecku;
- wymuszanie na grupie, żeby przyjęła wykluczone dziecko do grupy na komunikatorze i rozliczanie ich z tego;
- domaganie się, by dołączyć nauczyciela do grupy;
- obniżanie oceny z zachowania za to, co dzieje się na grupie;
- zrzucanie na dręczonego w drugim życiu klasy ucznia odpowiedzialności za bycie dręczonym i wymuszanie na nim dostarczania dowodów z grup klasowych, do których przecież nie ma i tak dostępu.
Jakie zachowania nauczycieli łagodzą obyczaje w drugim życiu klasy: - uczciwe poinformowanie dzieci, że zdajemy sobie sprawę z nieformalnych grup i konwersacji na komunikatorach, serwerach Discord, spotted (miejsce w social mediach, które służy do anonimowej komunikacji w obrębie jakiejś grupy społecznej);
- poinformowanie dzieci, że rozumiemy ich potrzebę niezależnej od dorosłych platformy komunikacji i wiemy, że tam ich zachowanie może być dalekie od tego, czego od nich oczekujemy na co dzień;
- porozmawianie z dziećmi o tym, że przeklinanie i inne „niewłaściwe” zachowania są naturalnym i normalnym elementem dorastania oraz buntu, porozmawianie z nimi o tym, jakie potrzeby realizują sobie poprzez tego typu aktywność;
- prowadzenie stałej i intensywnej edukacji na temat tego, jak działa wykluczenie społeczne, z czego się bierze i jakie ma skutki dla uczniów wykluczanych oraz całej społeczności uczniowskiej, także w Internecie;
- jednoznaczne nazywanie, bez inwigilacji, na podstawie założeń i wiedzy o tym, jak wygląda dynamika grupy zachowań, które są przemocowe – przemocą;
- odwoływanie się do doświadczeń dzieci, w których one same doświadczyły/doświadczają przemocy ze strony innych, także dorosłych.
Joanna Ławicka Pedagog specjalny, doktor nauk społecznych, konsultantka transkulturowej psychoterapii pozytywnej. Prezes zarządu Fundacji Prodeste od 2013 r. Autorka książek „Nie jestem kosmitą. Mam zespół Aspergera”, „Człowiek w spektrum autyzmu. Podręcznik pedagogiki empatycznej” oraz "Jarzmo. Spektrum przemocy", a także dziesiątków artykułów w magazynach specjalistycznych i społeczno-kulturowych. Wykłada na uczelniach, prowadzi kursy, szkolenia i warsztaty dla nauczycieli, specjalistów i rodziców. Pasjonatka psychologii rozwoju człowieka i wychowania w empatii i zrozumienia dla specyfiki dziecięcych potrzeb.