Narzekanie na to, że polska szkoła uczy zbyt mało praktycznie i zbyt pobieżnie (jeśli w ogóle przygotowuje uczniów do zawodów przyszłości), stało się już w zasadzie narodowym nawykiem. Jak stwierdził w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Marek Metrycki, partner w Deloitte: „Polscy nauczyciele powinni uczyć dzieci, a nie przedmiotów”. Jest to szczególnie ważne dziś, kiedy już zdajemy sobie sprawę, że większość naszych uczniów będzie wykonywała w przyszłości zawody, które… obecnie jeszcze nie istnieją. Jak do tego przygotować? Na pewno nie poprzez zmuszanie do wkuwania wzorów matematycznych czy fizycznych, historycznych dat albo biologicznych definicji. Sami uczniowie coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, jak rozjeżdża się wiedza wynoszona przez nich ze szkoły z tym, czego oczekuje od nich dorosłe życie (nie tylko w postaci mitycznych pracodawców, bo przecież wielu spośród dzisiejszych uczniów szkół podstawowych będzie dla samych siebie sterem, żeglarzem i okrętem, zważywszy na to, jak szybko rozwija się sektor start-upów).
– Doskonale umiem rozwiązywać zadania na funkcje liniowe, z matematyki nie mam niżej niż 4, ale w zeszłym roku, kiedy uzyskałam dochód z pracy wakacyjnej, to tata musiał mi rozliczyć PIT, bo ja nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać. Nikt nigdy mi tego nie pokazywał – stwierdza na jednym z forów poświęconych edukacji uczennica klasy maturalnej.
Jej kolega nie pozostaje w tyle:
– Mój kolega ostatnio przygotowywał się przy mnie do sprawdzianu z historii. Opisał dokładnie przebieg powstań śląskich, ale kiedy zapytałem, jak one wpłynęły w ogóle na naszą historię i dlaczego się o nich uczymy, bo jestem w klasie matematyczno-fizycznej, historię już skończyłam, a byłem po prostu ciekaw, nie potrafił odpowiedzieć. To jaki sens takiego wkuwania? – dopowiada.
Takie i podobne wypowiedzi młodych ludzi nie należą do rzadkości. Uczenie języka obcego poprzez wkuwanie zasad stosowania czasów gramatycznych (których od dawna poprawnie nie stosują nawet native speakerzy!), recytowanie, z czego składa się komórka, podczas gdy ta sama osoba nie potrafi rozpoznać na żywo maślaka ani odróżnić muchomora sromotnikowego od kani (te grzyby nie są szczególnie podobne, a przykład jest autentyczny), wyrysowywanie wzorów chemicznych przy jednoczesnej nieumiejętności przeczytania składu jakiegokolwiek produktu spożywczego czy kosmetycznego…
Na świecie od dawna wygląda to inaczej.
Za oceanem…
Moja córka miała okazję być na wymianie w szkole średniej w Stanach Zjednoczonych. Cokolwiek by nie sądzić o amerykańskiej edukacji, trudno odmówić szkołom za oceanem praktyczności i przystosowywania absolwentów do życia. Moja córka z niedowierzaniem opowiadała, że przez dwa tygodnie uczniowie szkoły w Waszyngtonie, do której chodziła, w ramach lekcji odpowiadającej mniej więcej biologii analizowali i porównywali ze sobą odporność i wytrzymałość na różne czynniki różnych typów włosów.
Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi: „Jaki to ma sens?”. Tak też początkowo zareagowali polscy uczniowie. Śmiechem i komentarzami w rodzaju: „U nas byłoby na to 15 minut. Przeczytajcie wykres i wyciągnijcie wnioski”.
Tylko że… Nie każdy potrafi w ciągu piętnastu minut wyciągnąć wnioski z biologicznego wykresu, a szanse na to, że ktoś w praktyce będzie potrzebował wiedzy, jaką płukankę najlepiej zastosować do włosów kręconych, a jaką do prostych, są znacznie większe niż na to, że życie będzie wymagało od niego zdefiniowania, czym są wiązania kowalencyjne w polimerach. Po pewnym czasie polscy uczniowie zaczęli doceniać amerykańską praktykę przekładania wszystkiego na realia.

W Skandynawii…
Podobnie na praktyczne zastosowanie wiedzy stawia się w szkołach skandynawskich. Tam dzieci nie dostają gotowej charakterystyki bohaterów. Czytają tekst i same wyciągają wnioski.
Miałam kiedyś okazję obserwować na polskiej lekcji dziewczynkę, która większość dzieciństwa spędziła w Szwecji. Świetnie mówiła po polsku (oboje rodzice byli Polakami), ale nie mieściło jej się w głowie, że „w Polsce w ogóle nie wolno zadawać pytań. Pani dyktuje, co myślała bohaterka, a dzieci to zapisują. Nie ma takiego momentu na lekcji, że pani pyta, co my myślimy, i traktuje poważnie nasze odpowiedzi. W Szwecji jest zupełnie inaczej.
Wynik lekcji nie jest przesądzony na samym początku, jeszcze zanim się zaczęła”.
Brak takiego praktycznego i budującego kreatywność podejścia niestety się na nas mści. Polscy uczniowie uzyskują coraz gorsze wyniki w międzynarodowym badaniu umiejętności PISA, choć wciąż na tle Europy nie wypadamy najgorzej. W 2022 r. w zakresie czytania ze zrozumieniem uzyskaliśmy 489 punktów, podczas gdy w poprzedniej edycji, w 2018 r., było to 512 punktów. Podobny regres można zaobserwować w wynikach z matematyki czy nauk przyrodniczych.
Na czele (biorąc pod uwagę tylko kraje europejskie) plasują się uczniowie z Estonii i krajów skandynawskich, co nie stanowi zagadki, bo to jeden z najszybciej rozwijających się krajów w regionie.
Wyniki to jedno, a powszechne poczucie, że szkoła coraz bardziej rozjeżdża się z realnym życiem, to drugie.
Jak więc uczyć bardziej praktycznie?
- W miarę możliwości posługuj się przykładami z codziennego życia, najlepiej angażując różne zmysły, w tym zmysł dotyku i ruch. Nie odtwarzaj z podręcznika niewiarygodnego i absurdalnie brzmiącego zadania w rodzaju: „Jasio kupił 63 jabłka, oddał Karolince 1/6 spośród nich. Ile zostało Jasiowi?” (brzmi to dla uczniów mało wiarygodnie, bo kto kupuje 63 jabłka? Jabłka kupujemy raczej na kilogramy niż na sztuki i zwykle nie należy to do zadań uczniów). Zamiast tego złóżcie się na kilka pizz, połóżcie je na stole, a następnie poproś uczniów, żeby podzielili je między siebie. Zaskoczy Cię, jak szybko im pójdzie, w końcu pizza to nie papierowe jabłka.
- Korzystaj ze zdobyczy „uczenia poza klasą szkolną” i jak najczęściej wychodźcie po naukę na zewnątrz. Zanim zaczniesz uczyć o tym, czym jest procent, idź z dziećmi do banku i pokaż im formularze kredytowe. Przecież nigdy w życiu nie będą musiały wyrecytować definicji procenta, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że choć teoretycznie będą porównywać dwie oferty kredytowe . Znajomość pojęcia procenta bardzo się tu przydaje.
- Wróć do podstaw, szczególnie w naukach biologicznych. Wyjdź z dziećmi na zewnątrz i pokaż im podstawowe drzewa rosnące w Waszej okolicy. Niech poznają ich nazwy. Poproś, żeby zrobiły zdjęcia roślin w doniczkach, które mają w domu, i dowiedziały się co nieco na temat ich pielęgnacji. Niech zrobią na ten temat referat. Zanim zaczniecie omawiać budowę komórkową liścia, po prostu ten liść dzieciom pokaż. Zamiast rysować wykres systematyki kręgowców i bezkręgowców, wybierzcie się do zoo, gdzie dzieci te zwierzęta po prostu na żywo będą miały okazję zobaczyć!
- Zrób w klasie turniej Q&A. Niech uczniowie w parach lub niewielkich grupach przygotują pytania, na które chcieliby znaleźć odpowiedzi (np. „Dlaczego niebo jest niebieskie?”, „Czy kot naprawdę nie umie pływać?”, „Czy ryż lepiej rośnie, jak się do niego mówi?” itd.). Następnie wybierzcie kilka pytań, na które rzeczywiście jesteście w stanie znaleźć odpowiedzi i… zacznijcie wspólne poszukiwania. Takie ćwiczenie budzi ciekawość badawczą, uczy korzystania ze źródeł, a przede wszystkim pokazuje, że dzięki wiedzy z danej dziedziny rzeczywiście można jakiś praktyczny problem rozwiązać, że nie uczymy się tylko po to, żeby coś „wkuć”, ale przynosi nam to realną korzyść. Im więcej wiemy, tym łatwiej nam rozwiązać problemy, na które napotykamy.
- Ucz praktycznie języka obcego – z naciskiem na mówienie. W tej chwili metoda komunikacyjna jest dominującą metodą nauki w Polsce i bardzo dobrze. Moje obserwacje są jednak takie, że wciąż zbyt dużą wagę przywiązuje się u nas do poprawności, a zbyt małą do sprawności komunikacyjnej, czyli po prostu „umiejętności dogadania się”. Znajduje to nawet odzwierciedlenie w egzaminach zewnętrznych. Ośmielaj swoich uczniów, zachęcaj do mówienia, nie poprawiaj błędów, dopóki nie zaburzają komunikacji. Kiedy mam lekcję o kierunkach, zawsze wychodzę z dziećmi poza szkołę i zachęcam je do zaczepiania przechodniów i pytania po angielsku o drogę. Oczywiście tworzy to wiele zabawnych sytuacji, bo wielu przechodniów przed nimi po prostu ucieka, ale to też jest przecież naturalna sytuacja komunikacyjna, bo w życiu, również za granicą, dzieje się tak bardzo często. Dając uczniom możliwość wielokrotnego przećwiczenia takiej sytuacji w praktyce, ośmielasz ich i pokazujesz, że to naturalne, normalne, nie ma się czego bać, więc trzeba próbować do skutku.
Przede wszystkim jednak wróćmy do podstaw i przed każdą lekcją odwróćmy sytuację. Zamiast czekać na pytania, które uczniowie zwykle zadają już tylko w myślach, bo tyle razy spotkali się z negatywnymi reakcjami na nie nauczycieli – wypowiedzmy je na głos. I odpowiedzmy na nie.
Większość rzeczy, których uczymy, można zastosować w praktyce. Tylko tę praktykę sami musimy uczniom pokazać. Inaczej wyjdą z naszej lekcji z przekonaniem, że to kolejna do niczego nieprzydatna teoria, a tak przecież zwykle nie jest.
Źródła - „Polska szkoła. Uczyć dzieci, a nie przedmiotów”, Rzeczpospolita, wydanie internetowe, 11.04.2018 r.
Lilka Poncyliusz-Guranowska Autorka jest anglistką, nauczycielem dyplomowanym, egzaminatorką i autorką wielu pozycji (w tym czterech książek) z zakresu metodyki nauczania języka angielskiego i komunikacji międzyludzkiej. W marcu 2023 r. ukazała się jej nowa książka, poradnik dla nastolatków z zakresu komunikacji społecznej – „Być nastolatkiem i przetrwać. Psychologia komunikacji”. Prywatnie jest mamą siedemnastolatki i czternastolatka.